Otwórz player w nowym oknie

"Mama na obcasach" z Jadwigą Emilewicz: Rodzina jest paliwem moich wszystkich aktywności, także tych politycznych

"Mama na obcasach" z Jadwigą Emilewicz: Rodzina jest paliwem moich wszystkich aktywności, także tych politycznych

„Mama na obcasach” to cykl wywiadów z kobietami, dla których zarówno realizacja zawodowa, jak i posiadanie dzieci są najważniejszymi celami w życiu. Wybrane bohaterki, w rozmowie z Magdaleną Szefernaker, opowiedzą o tym, jak na co dzień skutecznie łączą te dwa niezwykle wymagające obszary życia. Zmierzą się także ze stereotypowym przekonaniem, że kobieta musi wybrać czy robi karierę zawodową, czy chce mieć rodzinę i zająć się dziećmi. Pokażą, że macierzyństwo to nie przeszkoda, ale często wręcz przeciwnie – początek kariery zawodowej.

Poniedziałkowym gościem poranka „Siódma 9” była Jadwiga Emilewicz, mama trzech fantastycznych synów, poseł, polityk. Dotychczas pełniła m. in. funkcje ministra przedsiębiorczości i technologii, ministra rozwoju oraz wiceprezesa Rady Ministrów.

(MSz) Na Twojej stronie internetowej można przeczytać taką informację: „Zaangażowanie publiczne to jedno. Moją przygodą i wielką namiętnością jest rodzina. Razem z mężem Marcinem wychowujemy trzech fantastycznych synów. Iwo, Ignacy i Benek przypominają o tym, co najważniejsze”.

(JE) To prawda tutaj nic się nie zmieniło. Strona powstała dawna temu, kiedy zaczynałam swoją aktywność polityczną i kiedy kandydowałam do Sejmiku Województwa Małopolskiego. Wówczas sama napisałam krótki opis na swój temat. Mimo, że czasy się zmieniają i od tamtego momentu przeszłam już różne koleje polityczne, to akurat to zdanie pozostaje nadal aktualne.     

Jak na co dzień wygląda Wasze życie rodzinne? Kto zajmuje się dziećmi, kto pomaga im odrabiać lekcje – tym bardziej teraz kiedy zajęcia szkolne odbywają się online?

Teraz, kiedy nie jestem już członkiem rządu jest to łatwiejsze, ponieważ możemy trochę bardziej razem dzielić się obowiązkami i pomagać chłopcom razem. Na szczęście najstarszy syn, który jest już w pierwszej klasie liceum, w małym stopniu potrzebuje naszego wsparcia i radzi sobie sam. Natomiast jeżeli chodzi o pozostałych– środkowego i najmłodszego – to z pewnością dziś razem z mężem przypominamy sobie szybko prawidła ruchu obrotowego i obiegowego ziemi oraz podstawowe zasady ortografii. Tutaj staramy się teraz dzielić obowiązkami, ale prawda jest taka, że do jesieni tego roku przez ostatnie pięć lat, to głównie na moim mężu ciążył obowiązek mobilizacji chłopców w ich codziennych mitręgach szkolnych.   

Skąd w ogóle pomysł na to, by zostać politykiem? Czy nie było innych, być może trochę mniej absorbujących zadań, którymi mogłabyś się zajmować?

Tak to jest to pytanie, które czasami zadaje mi mój tato, a jest już w sędziwym wieku. I właśnie w tegorocznym wiosennym szaleństwie pandemicznym, kiedy nie było mnie w domu przez sześć tygodni, bo w ogóle nie wychodziłam z ministerstwa, to zawsze nad tym ubolewał. Wejście do polityki to długa droga, związana również z tym, co miało wpływ na ukształtowanie mnie i mojej osobowości. Myślę tu oczywiście o domu rodzinnym i bardzo aktywnych społecznie rodzicach, jak również o harcerstwie. Uważam, że harcerstwo przygotowywało nas wszystkich, najpierw harcerzy, a potem instruktorów, do służby. Służba publiczna była dla mnie zatem czymś naturalnym. Bez wątpienia duży wpływ miał na mnie również Klub Jagielloński, konserwatywne stowarzyszenie, założone na początku lat 90-tych w Krakowie, przy Uniwersytecie Jagiellońskim. Wykładowcy i starsi koledzy, którzy nas tam prowadzili, starali się nadać właściwe znaczenie słowu polityka - najwyższego wymiaru służby publicznej, ale i jedynego, w którym realnie można dokonywać zmian ważnych dla całej wspólnoty politycznej. Dlatego też pewne w tak naturalny sposób się w niej znalazłam.   

Polityka to praca 24 godziny na dobę, siedem dni w tygodniu. Jaką cenę płacisz Ty, jaką cenę płacą Twoje dzieci i Twoja rodzina, mając mamę polityka…

To jest bardzo wysoka cena. Kiedy czasami czytam o próbie łączenia tych dwóch ról w sposób bezbolesny – domowej i zawodowej, to jakakolwiek by nie była praca, choć ta polityczna może jest o tyle szczególna, bo nie zna limitów czasowych – to doskonale wiem, że jest to po prostu bardzo trudne wyzwanie. Jeśli ktoś nam opowiada, że to jest „bułka z masłem”, kwestia dobrego zarządzania – to znaczy, że albo tego nie rozumie albo oszukuje. Dla mnie jest to ogromne wyzwanie, a ceny nie potrafię dziś oszacować. Gdy byłam jeszcze wiceministrem i dzieliliśmy życie między Kraków i  Warszawę – to mój najmłodszy, wówczas trzyletni syn, widział mnie tylko przez trzy dni w tygodniu. Nie byłam świadkiem jego codziennych trosk i radości. To jest właśnie cena, którą bardzo trudno się płaci. 

Sama mówisz, że zajmowanie się polityką wymaga ogromnego zaangażowania, również czasowego i w zasadzie jest bardzo trudne do pogodzenia z wychowywaniem dzieci, zwłaszcza dla kobiety, która jednocześnie jest też mamą. Jaka jest Twoja recepta, aby połączyć te dwa obszary życia?

Po pierwsze to nie jest decyzja indywidualna. Nie zrobiłabym tego wszystkiego co robię, gdyby nie zgoda i wspólna decyzja z moim mężem. Dla nas to było jasne, że wraz z przejściem z polityki lokalnej do ogólnopolskiej moja obecność w domu będzie znacznie ograniczona. Zatem to była decyzja podejmowana wspólnie ze świadomością jej konsekwencji. To, że mąż jest w stanie podzielić swój czas pomiędzy pracą zawodową a opieką nad dziećmi, tylko dzięki temu jesteśmy w stanie, w miarę dobrze funkcjonować bez wyrzutów i rozczarowań.

Drugą najważniejszą sprawą ułatwiającą przekraczanie limitów czasowych rodziców jest to, że staramy się wychowywać dzieci do dużej samodzielności. Jako anegdotę mogę powiedzieć, że bardzo duże emocje w rodzinie budził fakt, kiedy nasz najstarszy syn, wówczas uczeń piątej klasy przemieszczał się samodzielnie w Krakowie tramwajem między szkołą, a zajęciami pozalekcyjnymi. Jako rodzice staramy się, aby dzieci były jak najbardziej samodzielne. Czasami zauważam, że dziś mamy epokę nadmiaru opiekuńczości rodziców wobec dzieci. Rodzice są kierowcami, organizują zestaw zajęć dodatkowych, dbają o zajęcia sportowe. A może właśnie w tym obszarze warto dać dzieciom przestrzeń do samodzielnego zarządzania, a zbudować głębsze relacje w sprawach nie kalendarzowych? My staramy się przekonać naszych chłopaków, że branie odpowiedzialność za siebie jest olbrzymią wartością.

No i wreszcie nie mam wątpliwości, że grunt to rodzina i wiem, że rodzina jest paliwem moich wszystkich aktywności, także tych politycznych. Rodzina to jest też najlepszy recenzent tego, co robimy. Ona pozwala mi mieć „kontakt z bazą”, przypominać sobie dlaczego i dla kogo pracuję. To jednocześnie surowy i wymagający recenzent.            

Gdybyś miała powiedzieć jedną rzecz, która jest dla Ciebie najtrudniejsze w połączeniu tych dwóch ról?

Kiedy myślę o tym, że są właśnie kolejne urodziny dziecka, na które nie mogę przyjechać, albo których nie mogę zorganizować i życzenia składam po dziewiątej wieczorem. Również wtedy, gdy dzwoni do mnie syn po prostu porozmawiać, a ja muszę skracać rozmowę, ponieważ trwa takie czy inne spotkanie, to są to najtrudniejsze momenty, które każą się zastanowić czy to był na pewno dobry wybór. Zatem dystans, brak czasu, brak wspólnego przeżywania z dziećmi ich problemów i radości, to są najtrudniejsze sprawy, z jakimi przychodzi mi się mierzyć. Czas w tych kwestiach jest okrutny. Nie da się go „przeżyć jeszcze raz”.

W łączeniu tych dwóch ról są trudy, ale są też radości. Co daje Ci macierzyństwo?

To jest niezwykła przygoda. Przejście z myślenia w kategorii „ja” na kategorię „my” dzieje się w rodzinie najmocniej. To swoją drogą niezwykle cenne w działalności publicznej. Pewnie każda z nas pamięta czas, kiedy rodzi się pierwsze dziecko, zwłaszcza, że jest to też rewolucja biologiczna, którą przechodzimy. Przeżywamy to zdziwienie stanu, w którym w jednym stajemy się dwoma. To, że jest się dawcą życia, jest czymś niezwykłym. Wiem, że dzisiaj w dobie nauki, kiedy na szkiełku i pod lupą rozbieramy niemalże na czynniki pierwsze życie człowieka, to cudowność wydarzenia początku życia odchodzi gdzieś na bok, ale niewątpliwie jest to niezwykłe.

Niesamowite jest także odkrywanie świata na nowo. Pokazywanie świata moimi oczami, dzielenie się fascynacjami i namiętnościami z dziećmi to jest niewyobrażalna radość i siła – zwłaszcza kiedy dzieci rozpoznają i uznają pokazane obrazy za swoje. To jest też niesamowita mobilizacja do tego, żeby utrzymywać się cały czas w dobrej kondycji fizycznej, psychicznej i intelektualnej, po to, żeby sprostać ich oczekiwaniom. Dzisiaj, kiedy o tym myślę patrząc na naszego nastolatka, gdy widzę, że „pępowina” jest coraz dłuższa i zaraz zostanie przecięta, to tym bardziej dla mnie i mojego męża wyzwaniem jest to, żebyśmy pozostali dla siebie i dla nich na całe życie przyjaciółmi, żeby wiedzieli, że zawsze mogą do nas wrócić. Że choć posługujemy się pewnie innym językiem, to wciąż się rozumiemy. I myślę - z dużą ostrożnością - że na dziś nam się to udaje, i że chłopcy podzielają nasze wartości, zainteresowania i wspólne sposoby spędzania czasu.

Zmagając się nieraz z nieradzeniem sobie z tym „zarządzaniem wielopoziomowym” – od powtórki parzydełkowców, wyjścia do dermatologa i podania obiadu do bycia zawsze w trybie „on” w ministerstwie – rodzi się poczucie winy. Zwłaszcza kiedy nierzadko słyszałam, „ale przecież wtedy Cię nie było, więc nie miał mi kto pomóc”. To nie przystaje do opowieści o mamie doskonałej, a takie oczekiwania mamy zapewne wszystkie wobec siebie. Sprawy w zasadzie beznadziejne – bo niewykonalne. Nadzieją na utrzymanie równowagi i przekonania, że takie życiowe szaleństwo da się jakoś uzasadnić pozostaje ciekawość chłopców tym, co robię. Ich przekonanie, zwłaszcza starszych – że może dziś nie jest im, nam łatwo, ale ma to głębszy sens. Cieszę się, że to rozumieją. Przynajmniej na razie.

Zapraszamy do wysłuchania całej rozmowy.

 

 

 

back to top

Partnerzy

ŻYWA WIARA